witaj



"JEDYNA GODNA RZECZ NA ŚWIECIE - TWÓRCZOŚĆ.
A SZCZYT TWÓRCZOŚCI TO TWORZENIE SAMEGO SIEBIE."

IGRZYSKO
LEOPOLD STAFF

1.4.19

Moje ulubione poranne rytuały, dzięki którym czuję się cudownie przez cały dzień


Z pewnością masz jakieś swoje zwyczaje, małe przyjemności, które nadają sens porankowi. Nadają, jeśli tylko są właściwie dobrane i ułożone w odpowiedniej kolejności. W każdym innym przypadku jedyne, co mogą zrobić, to zniszczyć Twój humor, poczucie własnej wartości i tym samym, zabrać Ci energię i radość z przeżywania kolejnego cudownego dnia. Jestem przekonana, że większość ludzi nie wie, jak zacząć dzień, aby nie wypalić się już w kilka pierwszych godzin po otwarciu oczu. Nic dziwnego, że mijamy potem na ulicy osoby nieszczęśliwe, pełne frustracji i nienawidzące otoczenia.

Ja mogę się pochwalić tym, że znalazłam rutynę idealną. Idealną dla mnie. Coś, dzięki czemu czuję się po prostu dobrze. I właśnie dzisiaj chcę podzielić się nią z Tobą. Mam nadzieję, że jeśli nie znalazłaś jeszcze swojego własnego przepisu na udany poranek, będę Twoją inspiracją do zmian. Bo nie można iść przez dzień z uśmiechem na twarzy, gdy już na początku panowanie przejmują negatywne emocje. Oto, co staram się robić, by temu zapobiec...



#1
daję mojemu organizmowi to, czego najbardziej potrzebuje

Myślę, że ludzkość nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na przebieg całego dnia ma pierwsza czynność, jaką wykonujemy zaraz po przebudzeniu. Ja też przez długi czas nie przywiązywałam do tego szczególnej wagi. Przeglądanie Instagrama, nerwowe przerzucanie notatek z zajęć czy szukanie ubrań w szafie, połączone z tradycyjnym marudzeniem "nie mam się w co ubrać" były normą. Ale poczytałam kilka przyzwoicie napisanych artykułów, przemyślałam to sobie na spokojnie i te wszystkie bzdury zamieniłam na wypicie szklanki wody. Jednej szklanki. Od razu po przebudzeniu, to bardzo ważne. Zamiast zarzucać całą siebie masą nowych informacji i plotek ze świata celebrytów, pozostawiam moją głowę świeżą, a myśli niezmącone problemami i kompleksami. Dodatkowo mam poczucie, że to, co robię jest krokiem w stronę pięknej cery i zdrowego trybu życia. Wypróbuj tą metodę i już teraz postaw szklankę wody obok swojego łóżka.





#2
wracam do moich zwariowanych przygód


Na kilka minut siadam na łóżku i staram się przypomnieć mój sen. Od kilku tygodni próbuję robić to regularnie, ale czasami konsekwencja ustępuje miejsca wszystkim innym sprawom, które już ustawiają się do mnie w kolejce. Jednak jeśli uda mi się wygospodarować chwilę na odtworzenie przebiegu moich nocnych przygód, nie mogę uwierzyć, że mój mózg jest w stanie wyprodukować takie historie! Wierzę, że nasza podświadomość jest wystarczająco silna, by mogła przekazywać nam pewne informacje. To, co dzieje się w naszej głowie nigdy nie jest bez znaczenia. Warto potraktować swoje sny poważnie i zwracać uwagę na to, czym karmimy nasze myśli. W nocy będziemy zbierać tego plony.





#3
"Dzień dobry, kocham Cię"

Te kilka słów nadają sens całemu dniu. Nieważne czy jestem ich nadawcą, czy odbiorcą, za każdym razem działają na mnie magicznie. Niestety, nie mogę nikomu powiedzieć tego osobiście, ale zawsze staram się, by moi bliscy budzili się do miłej wiadomości wyświetlającej się na ekranach ich telefonów. To naprawdę piękny rytuał. Mój ulubiony z całej tej listy! Pamiętaj, że nie musisz mieć drugiej połówki, by życzyć cudownego dnia. Możesz wysłać taką wiadomość mamie, siostrze lub przyjaciółce. Ważne, żeby była to osoba, na której Ci zależy. Uwierz mi, nie ma nic lepszego z rana niż dobro i miłość, którą możesz dać drugiemu człowiekowi.





#4
rozkoszuję się uczuciem świeżości...

Poranek idealny to taki, gdy mam wystarczająco dużo czasu, by nałożyć na twarz ulubioną bąbelkową maseczkę. Ale wiadomo, jak to w rzeczywistości wygląda. Z moją rezerwą czasową zazwyczaj musiałabym wybierać między nakładaniem maseczki na twarz a odczekaniem tych 10 minut, pozwalając jej się wchłonąć... Dlatego znalazłam dobrą alternatywę - żel oczyszczający dopasowany do mojego typu cery. W końcu, po latach, znalazłam ten jeden jedyny kosmetyk, stworzony "specjalnie" dla mnie. Świeżość i oczyszczenie są tym, czego naprawdę potrzebuję przed zaczęciem mojego dnia.





#5
... i kwiatowym zapachem

Z uwagi na to, że mój codzienny makijaż najczęściej zaczyna się i kończy na podkręcaniu i malowaniu rzęs, na twarz nakładam nawilżającą esencję z wody różanej. (Podobnie jak żel opisany powyżej, esencja również dopasowana jest do mojego rodzaju cery. To bardzo ważne, aby dostarczać skórze dokładnie tego, czego naprawdę potrzebuje.) Mam wtedy wrażenie, że wcieram w twarz kwiaty, które towarzyszą mi przez kilka następnych godzin. Po wchłonięciu nie zostaje tłusty ślad, a skóra jest idealnie odświeżona i nawilżona.


#6
powtarzam sobie, że robię to dla pięknej cery 

"Dasz radę, jeszcze tylko dwa łyki!". Naprawdę nie wiem, dlaczego przyzwyczajenie się do picia ciepłej wody z cytryną idzie mi jak po grudzie. Ten rytuał towarzyszy mi już od kilku miesięcy, a nadal czuję się, jakbym właśnie odbywała karę. Niemniej jednak, jest to idealna kuracja dla całego organizmu - ciepła woda z cytryną pomaga w przemianie materii, wzmacnia odporność oraz utrzymuje skórę w idealnej kondycji. Ale uwaga! Woda ma być ciepła, nie gorąca - w wysokiej temperaturze cytryna traci swoje cudotwórcze właściwości.




#7
podejmuję najtrudniejszą życiową decyzję

Złoto czy srebro? Cenię sobie jednolitość biżuterii i czuję pewien zgrzyt, gdy na jednej ręce pomieszane są te dwa metale. Czasami nie pozostaje mi nic innego jak zastosować starą prostą metodę "na kogo wypadnie, na tego BĘC!" :) A minimalistyczne dodatki, tym bardziej te, do których czuję sentyment potrafią dodać mi skrzydeł na cały dzień.



A ty?
Masz swoje ulubione poranne rytuały?
Kawa, snapchat, książka... co sprawia, że Twój poranek jest piękny?




Odwiedź mnie na instagramie
@pannamademoiselle

Poznajmy się!

50 komentarzy

30.1.19

Jestem jak pies goniący samochód, czyli dlaczego zrezygnowałam ze studiów w Wielkiej Brytanii



Zwróciłaś kiedyś uwagę na reakcję psa, biegnącego w niezrozumiałym szale za samochodem, gdy w końcu dopnie swego? Ja nie. Nie raz widziałam je goniące pojazdy, ale nigdy nie uchwyciłam momentu, kiedy faktycznie osiągały to, czego chciały. I nie zastanawiałam się też, co potem robią z takim zwycięstwem. Aż któregoś dnia pewien mądry człowiek z mojego otoczenia rozbudził we mnie tą refleksję. Powiedział mi, co robią psy, gdy dogonią samochód. Nic nie robią. Stoją i patrzą. Nadal trochę nie wierzą, że udało się im to zrobić. A już kompletnie nie wiedzą, po co to robiły. I zazwyczaj odchodzą... lub, gdy sygnalizacja zmieni się na zielone i auto ruszy, one też biegną dalej. Biegną z nadzieją, że odkryją cel tej pogoni.

Ja byłam takim psem.

Moim samochodem była wizja studiowania w pewnym pięknym miejscu. W kraju, który fascynował mnie swoją potęgą i możliwościami, jakie dawał. W otoczeniu ludzi zupełnie nieznajomych, należących do innych kręgów kulturowych i posługujących się innym językiem. Ucząc się tego, co mnie naprawdę ciekawiło. Chciałam nowości, inności, przygody i... szczęścia. Biegłam za tym naprawdę długo. Na tym opierała się cała moja motywacja do wszystkiego, co w tamtym czasie robiłam. To akurat nie było złe, bo na wyjeździe zależało mi jak na niczym innym. Dlatego osiągałam każdy, nawet najbardziej wymagający cel, jaki przed sobą stawiałam. Ale teraz - patrząc na to z perspektywy - widzę, jak bardzo puste były te motywacje.

Po wynikach matury moje wątpliwości co do dostania się na studia malały z każdą godziną, ale nadal nie chciałam przed sobą przyznać, że mam realną szansę na to miejsce. Następnego dnia dostałam maila z gratulacjami. Przyjęli mnie od razu. I w tamtym właśnie momencie czar prysł. Cała magia uleciała, a ja zostałam uwięziona w świecie dylematów. Dogoniłam swój samochód i nie wiedziałam, co zrobić dalej. Nadal nie wierzyłam, że naprawdę to zrobiłam. A dlatego, że nigdy nie przypuszczałam, że mi się uda, nie miałam żadnych planów co do dalszych moich kroków. Miałam dwie opcje: odejść lub biec dalej. Odeszłam. I poszłam w swoją stronę. Na początku nie było mi łatwo pogodzić się z tą decyzją, mimo że była przecież moja. Jeszcze długo po odrzuceniu oferty studiów biłam się z myślami. Bo czy jest jakiś sens w tym, żeby rezygnować z czegoś, o czym marzyłam przez tyle miesięcy i dla czego osiągnięcia poświęciłam tak wiele? Tak, jest. Ale żeby go odkryć, najpierw musiałam odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: Dlaczego chciałam to zrobić? I wtedy wszystko stało się jasne. Bo, paradoksalnie, nie zależało mi na dostaniu się na tamte studia, żeby się uczyć, zdobywać doświadczenie i korzystać z wachlarza możliwości przyszłego rozwoju, jakie dostałabym w pakiecie. Chodziło tylko o to, żeby przekroczyć ten niemożliwy do przejścia próg. Żeby to zrobić i udowodnić wszystkim wokół, że jestem do tego zdolna. Lub - żeby obwiniać się za to, że się nie udało. Bo przecież tak miało być.

Ta sytuacja otworzyła mi oczy i uświadomiła, że czasami po prostu nie jesteśmy gotowi na sukces. Nie jesteśmy przygotowani i nie mamy planu na wypadek powodzenia. A prawda jest taka, że nie zawsze to, co wydaje się nam niemożliwe naprawdę takie jest w rzeczywistości. Gdy przychodzi oceniać swoje możliwości, ludzie tracą zdolność obiektywnego myślenia i przechylają szalę na którąś ze stron. Częściej niż na sukces, skazują się z góry na porażkę. Ja również poszłam w tę stronę. Realia były jednak inne i musiałam się do nich dostosować w ułamku sekundy. Wtedy przyszedł czas na przeprogramowanie całego mojego dotychczasowego myślenia i stworzenie nowej wizji jutra. Jutra, w którym osiągnęłam to, czego chciałam. A czego chciałam? Nawet dzisiaj nie jestem tego do końca pewna. Jedyne, co wiem, to że nie można wejść na szczyt nie wiedząc, na jaką górę się wspiąć. A będąc już na szczycie najgorszym uczuciem, jakiego można doświadczyć jest zatracenie. Zatracenie siebie i swojego pierwotnego celu w czasie wspinaczki. Wtedy trzeba zejść i spróbować jeszcze raz, gdzieś indziej i wyżej.

60 komentarzy

9.1.19

O tym wszystkim, czego mi w ostatnim czasie bardzo brakowało



Brakowało mi czegoś, ale niezbyt wiedziałam, czym to coś było. Znasz to uczucie, prawda? Gdy w pewnym momencie Twoje życie staje się jakieś takie inne, ale Ty nie jesteś w stanie stwierdzić, co się zmieniło? Dokładnie tak było jeszcze wczoraj. Czułam, że coś jest nie tak, że czegoś mi brakuje. Dzisiaj już wiem. Długopisu. Kartki. Ciszy. Tęskniłam za tym. Za nurkowaniem w oceanie moich myśli. I za spisywaniem wszystkiego, co przyszło mi do głowy w trakcie tej małej podróży.

Nigdy nie myślałam, że mam w sobie tak twórczo rozwiniętą duszę, ale przez kilka ostatnich tygodni odczuwam bardzo głęboką i silną potrzebę dokumentowania wszystkiego, co mnie otacza. Każdego uśmiechu, łzy, promienia słońca, usłyszanych na ulicy przypadkowych aforyzmów nieznanych mi ludzi oraz moich własnych przemyśleń inspirowanych zwykłymi codziennymi sytuacjami. Chcę to uwiecznić. Uchwycić przelotne piękno i niezwykłość detali. Ale nie chcę zachowywać tego dla siebie. To, co dzieje się wokół jest zbyt wyjątkowe i magiczne, żeby zostało zamknięte w zeszycie schowanym pod poduszką. Chcę się tym dzielić. Z Wami. Z Tobą.

Myślę, że nowy rok jest dobrym momentem, by zacząć. A powrót do rzeczywistości po beztroskiej przerwie świątecznej jest dobrym momentem, by pozwolić myślom płynąć. Nie narzucając im kierunku. Moje błądzą. Błądzą w otchłani pięknych wspomnień, jakie zgromadziły się w moim sercu w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Błądzą też w otchłani mojego smutku i tęsknoty. Tęsknoty właśnie za tymi momentami, gdy wszystko wokół było magiczne. Trudno pogodzić się z tym, że każda ta sekunda szczęścia teraz jest martwa. Istnieje tylko w mojej pamięci. I już nigdy nie wróci w pierwotnej postaci. Umarła na zawsze. Mogę tylko poczuć jej zapach.

I to jest właśnie mój problem. Życie wspomnieniami. Nawet najpiękniejsze wspomnienia nie zmienią tego, że żyję przeszłością. Czasami tak bardzo koncentruję się na strachu przed przemijaniem, że zaczynam tęsknić za chwilą przeżywając ją. W efekcie nieprzerwanie zatopiona jestem w morzu retrospekcji i zapominam żyć teraz. Zapominam żyć. A to jest bardzo ważne.

Swoją drogą, to śmieszne. I dziwne. Ale jednak nadal smutne. Ludzie zazwyczaj mają problem z ruszeniem na przód po traumatycznych momentach ich życia. A ja nie potrafię się pozbierać po tych pięknych. Wszystko wokół mnie przemija, a ja patykiem chcę zatrzymać bieg rzeki. Moje żałosne starania nie przynoszą mi niczego innego poza nasilającym się z każdą próbą smutkiem. I jak co roku staram się unikać postanowień, którym sprostanie graniczy z cudem, a niespełnione przynoszą jedynie rozczarowanie, dzisiaj stworzyłam moją własną listę. Nauczenie się życia tu i teraz jest na samym jej wierzchołku. Jak myślisz, uda się?

4 komentarze
© MADEMOISELLE • Theme by Maira G.