witaj



"JEDYNA GODNA RZECZ NA ŚWIECIE - TWÓRCZOŚĆ.
A SZCZYT TWÓRCZOŚCI TO TWORZENIE SAMEGO SIEBIE."

LEOPOLD STAFF

KATEGORIE

30.1.19

Jestem jak pies goniący samochód, czyli dlaczego zrezygnowałam ze studiów w Wielkiej Brytanii



Zwróciłaś kiedyś uwagę na reakcję psa, biegnącego w niezrozumiałym szale za samochodem, gdy w końcu dopnie swego? Ja nie. Nie raz widziałam je goniące pojazdy, ale nigdy nie uchwyciłam momentu, kiedy faktycznie osiągały to, czego chciały. I nie zastanawiałam się też, co potem robią z takim zwycięstwem. Aż któregoś dnia pewien mądry człowiek z mojego otoczenia rozbudził we mnie tą refleksję. Powiedział mi, co robią psy, gdy dogonią samochód. Nic nie robią. Stoją i patrzą. Nadal trochę nie wierzą, że udało się im to zrobić. A już kompletnie nie wiedzą, po co to robiły. I zazwyczaj odchodzą... lub, gdy sygnalizacja zmieni się na zielone i auto ruszy, one też biegną dalej. Biegną z nadzieją, że odkryją cel tej pogoni.

Ja byłam takim psem.

Moim samochodem była wizja studiowania w pewnym pięknym miejscu. W kraju, który fascynował mnie swoją potęgą i możliwościami, jakie dawał. W otoczeniu ludzi zupełnie nieznajomych, należących do innych kręgów kulturowych i posługujących się innym językiem. Ucząc się tego, co mnie naprawdę ciekawiło. Chciałam nowości, inności, przygody i... szczęścia. Biegłam za tym naprawdę długo. Na tym opierała się cała moja motywacja do wszystkiego, co w tamtym czasie robiłam. To akurat nie było złe, bo na wyjeździe zależało mi jak na niczym innym. Dlatego osiągałam każdy, nawet najbardziej wymagający cel, jaki przed sobą stawiałam. Ale teraz - patrząc na to z perspektywy - widzę, jak bardzo puste były te motywacje.

Po wynikach matury moje wątpliwości co do dostania się na studia malały z każdą godziną, ale nadal nie chciałam przed sobą przyznać, że mam realną szansę na to miejsce. Następnego dnia dostałam maila z gratulacjami. Przyjęli mnie od razu. I w tamtym właśnie momencie czar prysł. Cała magia uleciała, a ja zostałam uwięziona w świecie dylematów. Dogoniłam swój samochód i nie wiedziałam, co zrobić dalej. Nadal nie wierzyłam, że naprawdę to zrobiłam. A dlatego, że nigdy nie przypuszczałam, że mi się uda, nie miałam żadnych planów co do dalszych moich kroków. Miałam dwie opcje: odejść lub biec dalej. Odeszłam. I poszłam w swoją stronę. Na początku nie było mi łatwo pogodzić się z tą decyzją, mimo że była przecież moja. Jeszcze długo po odrzuceniu oferty studiów biłam się z myślami. Bo czy jest jakiś sens w tym, żeby rezygnować z czegoś, o czym marzyłam przez tyle miesięcy i dla czego osiągnięcia poświęciłam tak wiele? Tak, jest. Ale żeby go odkryć, najpierw musiałam odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: Dlaczego chciałam to zrobić? I wtedy wszystko stało się jasne. Bo, paradoksalnie, nie zależało mi na dostaniu się na tamte studia, żeby się uczyć, zdobywać doświadczenie i korzystać z wachlarza możliwości przyszłego rozwoju, jakie dostałabym w pakiecie. Chodziło tylko o to, żeby przekroczyć ten niemożliwy do przejścia próg. Żeby to zrobić i udowodnić wszystkim wokół, że jestem do tego zdolna. Lub - żeby obwiniać się za to, że się nie udało. Bo przecież tak miało być.

Ta sytuacja otworzyła mi oczy i uświadomiła, że czasami po prostu nie jesteśmy gotowi na sukces. Nie jesteśmy przygotowani i nie mamy planu na wypadek powodzenia. A prawda jest taka, że nie zawsze to, co wydaje się nam niemożliwe naprawdę takie jest w rzeczywistości. Gdy przychodzi oceniać swoje możliwości, ludzie tracą zdolność obiektywnego myślenia i przechylają szalę na którąś ze stron. Częściej niż na sukces, skazują się z góry na porażkę. Ja również poszłam w tę stronę. Realia były jednak inne i musiałam się do nich dostosować w ułamku sekundy. Wtedy przyszedł czas na przeprogramowanie całego mojego dotychczasowego myślenia i stworzenie nowej wizji jutra. Jutra, w którym osiągnęłam to, czego chciałam. A czego chciałam? Nawet dzisiaj nie jestem tego do końca pewna. Jedyne, co wiem, to że nie można wejść na szczyt nie wiedząc, na jaką górę się wspiąć. A będąc już na szczycie najgorszym uczuciem, jakiego można doświadczyć jest zatracenie. Zatracenie siebie i swojego pierwotnego celu w czasie wspinaczki. Wtedy trzeba zejść i spróbować jeszcze raz, gdzieś indziej i wyżej.

50 komentarzy

9.1.19

O tym wszystkim, czego mi w ostatnim czasie bardzo brakowało



Brakowało mi czegoś, ale niezbyt wiedziałam, czym to coś było. Znasz to uczucie, prawda? Gdy w pewnym momencie Twoje życie staje się jakieś takie inne, ale Ty nie jesteś w stanie stwierdzić, co się zmieniło? Dokładnie tak było jeszcze wczoraj. Czułam, że coś jest nie tak, że czegoś mi brakuje. Dzisiaj już wiem. Długopisu. Kartki. Ciszy. Tęskniłam za tym. Za nurkowaniem w oceanie moich myśli. I za spisywaniem wszystkiego, co przyszło mi do głowy w trakcie tej małej podróży.

Nigdy nie myślałam, że mam w sobie tak twórczo rozwiniętą duszę, ale przez kilka ostatnich tygodni odczuwam bardzo głęboką i silną potrzebę dokumentowania wszystkiego, co mnie otacza. Każdego uśmiechu, łzy, promienia słońca, usłyszanych na ulicy przypadkowych aforyzmów nieznanych mi ludzi oraz moich własnych przemyśleń inspirowanych zwykłymi codziennymi sytuacjami. Chcę to uwiecznić. Uchwycić przelotne piękno i niezwykłość detali. Ale nie chcę zachowywać tego dla siebie. To, co dzieje się wokół jest zbyt wyjątkowe i magiczne, żeby zostało zamknięte w zeszycie schowanym pod poduszką. Chcę się tym dzielić. Z Wami. Z Tobą.

Myślę, że nowy rok jest dobrym momentem, by zacząć. A powrót do rzeczywistości po beztroskiej przerwie świątecznej jest dobrym momentem, by pozwolić myślom płynąć. Nie narzucając im kierunku. Moje błądzą. Błądzą w otchłani pięknych wspomnień, jakie zgromadziły się w moim sercu w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Błądzą też w otchłani mojego smutku i tęsknoty. Tęsknoty właśnie za tymi momentami, gdy wszystko wokół było magiczne. Trudno pogodzić się z tym, że każda ta sekunda szczęścia teraz jest martwa. Istnieje tylko w mojej pamięci. I już nigdy nie wróci w pierwotnej postaci. Umarła na zawsze. Mogę tylko poczuć jej zapach.

I to jest właśnie mój problem. Życie wspomnieniami. Nawet najpiękniejsze wspomnienia nie zmienią tego, że żyję przeszłością. Czasami tak bardzo koncentruję się na strachu przed przemijaniem, że zaczynam tęsknić za chwilą przeżywając ją. W efekcie nieprzerwanie zatopiona jestem w morzu retrospekcji i zapominam żyć teraz. Zapominam żyć. A to jest bardzo ważne.

Swoją drogą, to śmieszne. I dziwne. Ale jednak nadal smutne. Ludzie zazwyczaj mają problem z ruszeniem na przód po traumatycznych momentach ich życia. A ja nie potrafię się pozbierać po tych pięknych. Wszystko wokół mnie przemija, a ja patykiem chcę zatrzymać bieg rzeki. Moje żałosne starania nie przynoszą mi niczego innego poza nasilającym się z każdą próbą smutkiem. I jak co roku staram się unikać postanowień, którym sprostanie graniczy z cudem, a niespełnione przynoszą jedynie rozczarowanie, dzisiaj stworzyłam moją własną listę. Nauczenie się życia tu i teraz jest na samym jej wierzchołku. Jak myślisz, uda się?

4 komentarze
© MADEMOISELLE • Theme by Maira G.